Dobry film…: Zjednoczone Stany Miłości

bi-gazeta-pl2

Jak pisałem w relacji z Łodzi, najnowsze dzieło Tomasza Wasilewskiego wymaga osobnego wpisu. Film, który zdobył Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie oraz nagrodę za scenariusz w Gdyni niewątpliwie urzeka wiernym odwzorowaniem epoki oraz kreacjami aktorskimi. „Zjednoczone…” wpisują się w pozytywny trend w polskim kinie, jednocześnie pozostawiając  nas we wrażeniu, że już to gdzieś było, ale w lepszej wersji.

Zjednoczone Stany Miłości

Polska, 2016

reż. i scen. Tomasz Wasilewski

wyk. Magdalena Cielecka, Marta Nieradkiewicz

Rzecz toczy się gdzieś na Śląsku, w tak zwanej epoce przejściowej. Nie ma już kartek i komuny, ale zewsząd piszczy bieda, choć w wypożyczalniach kaset VHS można dostać niemieckie porno, a mąż jednej z bohaterek pracuje w „Reichu”. Oczywiście trudna sytuacja materialna i koleje wyboistej historii naszego kraju są jedynie tłem dla rozterek sercowych bohaterek. Scenariusz pocięty jest na jasno wydzielone części, zbiorem kolejnych etiud o kobietach, których losy w mniejszym lub większym stopniu przeplatają się.

Jest Agata (Julia Kijowska) przeżywająca rozterki małżeńskie, potęgowane niejasnym uczuciem wobec księdza i trudnościami finansowymi męża (WF-ista z „Belfra” czyli Łukasz Simlat). Dyrektorka szkoły, Iza (Magdalena Cielecka), ma kasę i pozycję, ale wplątała się w niefartowny i wysoce dramatyczny romans z ojcem jednej z uczennic. Renata (Dorota Kolak), jest stara, samotna, a i jeszcze staje się ofiarą geopolitycznej roszady — w szkołach nie potrzeba już nauczycielek rosyjskiego ale anglistek, co odbije się na jej sytuacji zawodowej. Skutkiem tego dramatycznie będzie zabiegać o to, by krąg przyjaciół, dotychczas składający się z latających po mieszkaniu ptaków, wzbogacił się o jakiegoś człowieka. Padnie na sąsiadkę Agatę (w tej roli Mania z „Kampera” Marta Nieradkiewicz), do której pani Renata żywić będzie skomplikowane uczucie. Ta z kolei, choć wiedzie całkiem sensowne życie, tęskni za wiecznie nieobecnym mężem (#NaSaksach) i marzy o karierze modelki, co skończy się dosyć niemiło…

bi-gazeta-pl

Z jednej strony w „Zjednoczonych Stanach Miłości” przekonująco pokazany zostaje czas początku lat 90. Jest szaro i buro, a i jesienno-zimowa pora nadaje nieco depresyjnego klimatu, doskonale korespondującego z losami steranych życiem kobiet. Jednocześnie dziwi kolorystyka. Niskie nasycenie barw przy jednoczesnej wysokiej jasności, daje jednak nieco odrealniony, baśniowy, ale chyba zamierzony efekt. Ten zabieg nieco razi, szczególnie jeśli porównamy obraz Wasilewskiego z innymi fabułami osadzonymi w minionej epoce: „Ostatnią Rodziną” czy „Jestem Mordercą”, które osiągają niezwykły poziom realizmu.

Po seansie historii o śląskim wampirze, w „Zjednoczonych…” uderzają też dialogi. Agata Kulesza w produkcji Pieprzycy mówiąca śląską gwarą doskonale przydawała lokalnej autentyczności i uwiarygadniała miejsce akcji. Tymczasem tutaj nieco raziła warszawska polszczyzna niemal wszystkich.

Abstrahując od tych mankamentów, wszystkie cztery historie są przekonujące. Ukazują skomplikowane rozterki sercowe bohaterek, marzących o szczęściu, miłości i bliskości. Każda z nich jest w innej sytuacji, ale w gruncie rzeczy jest zagubiona. Jest tu uczucie nielegalne (romans) i zakazane (do księdza), trudna miłość na odległość i osamotnienie starszej osoby. Motywacje psychologiczne są zrozumiałe, choć dramatyzm dyrektorki i jej reakcje, którymi ryzykuje swoją pozycję, mogą się wydawać nieco przerysowane.

devel-telemagazyn-ppstatic-pl

Film aspiruje do przenikliwego, holistycznego studium miłości w różnych jej formach, w konkretnym okresie historycznym. Całość na piątkę zdaje egzamin ze stylistyki i aktorstwa. Niemniej, po pierwsze mamy wrażenie, że gdzieś już to widzieliśmy. Przeplatające się historie, bohaterowie mijający się w przypadkowych okolicznościach, ludzkie dramaty. Większym zgrzytem jest to, że trochę brak w tym jakiejś głębi, przesłania.

Przypomina mi całość film Ulricha Seidla „Import/Eksport” z 2007 r. (tak, wiem, nominowany do Złotej Palmy…). Jak to mówią Amerykanie: „Life’s a bitch, and then we die”. Tylko co z tego?

Choć ładnie zrobione. I jednak trochę mniej depresyjnie niż u Austriaka.

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s