DOBRE filmy z 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni

20160920_175250W kuluarach plotki, że może to być najlepszy festiwal po 1989 r. Choć atmosfera trochę gęsta, bo władza bezczelnie domagała się włączenia do programu „Historii Roja”, a jednocześnie nie pofatygowała się na otwarcie najważniejszego festiwalu w tym kraju (hojnie dotowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziewictwa Narodowego). Co więcej, dla przydania wszystkiemu emocji zorganizowano jeszcze specjalny pokaz „Smoleńska”. Wygląda jednak na to, że pomimo radosnego klimatu politycznego z polskim kinem jest naprawdę nieźle. Współautor udał się do Gdyni, by stwierdzić to na własne oczy. Poniżej jego relacja, poprzetykana trzema recenzjami („Przemek Dyakowski. Życie na jazzowo”, „Na granicy” oraz „Jestem mordercą”) z małym fotoreportażem.

20160920_201117

– Wejściówki do Teatru Muzycznego są na innej zasadzie. Trzeba kupić karnet na cały dzień za 70 złotych. Pozostałe projekcje, w Gdyńskim Centrum Filmowym (GCF) i Multikinie, są za 19 złotych. Pani z kasy we wspomnianym GCF-ie rzuciła mi kolejne kłody pod nogi. Bo mozolnie utkany plan na wtorek właśnie się posypał — w Teatrze Muzycznym chciałem przecież zobaczyć polską odpowiedź na „Kod Leonarda da Vinci” czyli „Sługi Boże” z m. in. Bartłomiejem Topą. Wcześniej okazało się, że za akredytacje medialne czeba płacić więcej niż Współautor byłby gotów zapłacić (z resztą plan zakładał maksymalnie dwa dni na festiwalu). A gdy przyszło do rezerwacji online, dowiedziałem się, że  opcja taka istnieje do godz. 20.00 dnia poprzedzającego seans. Była północ.

#CałeŻycieNaNieogarze

Niemniej nie byłem tak sfrustrowany jak starszy Pan obok mnie, który — gdy usłyszał niesatysfakcjonującą odpowiedź, jaka padła z kasy– odparł:

Pani jest Polką? Ach, no to wszystko jasne… Taka organizacja!

(Nie dostał biletu na „Smoleńsk”?)

przemek-dyakowski_gl

Uporawszy się z przeciwnościami losu ruszyłem w końcu na „Przemek Dyakowski. Życie na Jazzowo”. Dokument Andrzeja Mańkowskiego jest portretem kultowej postaci polskiego i trójmiejskiego jazzu, saksofonisty Przemysława Dyakowskiego. Krótki, bo mający zaledwie 50 minut film, powstawał prawie dwa lata i składa się z najróżniejszych obrazków z życia tego „osiemdziesięciolatka o usposobieniu młodzieńca”. Dyakowski opowiada o swojej niespełnionej karierze skoczka narciarskiego, występach w Piwnicy Pod Baranami, graniu kontraktowym na transatlantykach. Wraz z nim spotykamy przed koncertem w barze Krystynę Prońko, gadamy z Leszkiem Możdżerem, oddajemy saksofon do warsztatu i wspominamy występy z kolejnymi legendami jazzu.

Po projekcji odbyło się spotkanie z głównym bohaterem dokumentu i samym reżyserem. Mańkowski wyjaśnił, że nie dostał dofinansowania z PISF-u, bo żądano „więcej dramatyzmu”, a jego koncepcja była inna — chciał ukazać Dyakowskiego takim, jaki jest. Dodał też, że zdecydował się na kompozycję jazzową — ustrukturyzowanego chaosu, pełnego improwizacji. Można się doszukać w „Przemku…” pewnych stałych: wywiad w radio, jego wspomnienia, wizyty w warsztacie. Niemniej nie tworzy to spójnej fabuły. I jak dla innych jest to zaleta, to chyba podzielam zdanie ekipy z PISF-u. Nie chodzi jednak o szukanie sensacji, ale nadanie wszystkiemu interesującej formy. Jest kanwa, ale w finale otrzymujemy chyba zbyt duży misz-masz.

Z innych kontrowersji: całość przetykana jest fragmentami filmu telewizyjnego „Ostatnie takie trio” z 1976 r., który zawiera słowo-klucz dokumentu: honoracja. Jest to dla Dyakowskiego punkt wyjścia do gawędy o doli i niedoli finansowej muzyka. Jak sam przyznał Mańkowski: „Wielu kolegów dokumentalistów wyklęło by mnie za ten zabieg” (czemu??). Niemniej to akurat się fajnie broni, urozmaicając całą narrację.

Po całości „Przemek Dyakowski. Życie na jazzowo” jest sympatyczną opowieścią nie tyle o legendarnym muzyku, ale i o środowisku. Śmieszną, pełną niewystudiowanych gagów i chichotliwych sytuacji z życia, poprzetykaną dywagacjami o życiu, muzyce i szczęściu. Niemniej bardziej do telewizji niż na ekrany kinowe.

Jak się okazało, opowiastka o liderze Take it Easy (po seansie odbył się z resztą koncert!) była rozgrzewką przed mocnym, angażującym emocjonalnie kinem. Najpierw jednak musiałem pognać z GCF-u do Multikina, a po drodze w ekspresowym tempie skonsumować pieczone udko w Barze Kaszubskim.

20160920_175334

„Na granicy” to mocny debiut pełnometrażowy producenta i scenarzysty Wojciecha Kasperskiego, który dał się poznać dotychczas obiecującymi krótkimi metrażami i dokumentami. Fanom seriali od razu przypomina się polska „Wataha” (moja recenzja tego serialu HBO pojawiła się gościnnie tutaj). Bo umówmy się — Bieszczady są idealną miejscówką dla wszelkich produkcji mających wywołać u widzów gęsią skórkę: cudowna acz posępna natura (szczególnie porą jesienno-zimową), odludzie, no i za miedzą przestwory poradzieckiej (U)krainy. A to od razu prosi się o przemytników, nielegalny handel bronią czy nielegalnych imigrantów i mniejszą lub większą politykę w tle. Wszystkie te elementy odnajdziemy i w „Na granicy”.

Jak w „Watasze” rzecz tyczy pograniczników i ich ciemnych sprawek. Aczkolwiek pomimo plejady aktorów (Marcin Dorociński, Andrzej Grabowski, Andrzej Chyra), to tak naprawdę bohaterami są młodzi. Były strażnik Mateusz (Chyra) wraca na stare śmieci ciągnąc ze sobą przez zimową zamieć do górskiej stacji synów — starszego Janka (Bartosz Bielenia) i młodszego Tomka (Kuba Henriksen). Tam odwiedza ich półżywy i tajemniczy nieznajomy, Konrad (Dorociński). Stary wyjadacz Mateusz, który a) zna Konrada, b) wie, że jest on niebezpieczny, c) zostawia go z synami, by odkryć w lesie mroczną tajemnicę jego i nadgranicznego posterunku. Młodzi sami muszą stawić czoło narastającemu niebezpieczeństwu, bo Konrad rozpoczyna z nimi niebezpieczną psychologiczną gierkę… Jest mrocznie, z czasem coraz gęściej (i ciemniej), a i daje się odczuć izolacja oraz brak dróg ucieczki. Bo za oknem piździ niemożebnie…

(Btw — wiecie, że w Tatrach spadł już śnieg?)

Jak to ktoś napisał — nie ma się czego wstydzić. Przyfasolić się można do detali, ale jest klimat i napięcie, wiarygodne odizolowanie bohaterów i dobre aktorstwo (oj, jak Dorociński dobrze przeklina, szacun dla niego i scenarzysty!). Niektórzy marudzili jeszcze na zakończenie, jakie — jakby przeanalizować to, kto ginie w bacówce — jest trochę zastanawiające. Najciekawszą wątpliwość wyraziła jednak pani, która przede mną opuszczała salę kinową: „Film o tym, żeby stać się facetem, trzeba dać po mordzie. Pasikowski robił takie w 1991 r., więc po co nam to teraz?”

devel-telemagazyn-ppstatic-pl

I faktycznie — jeśli głównymi bohaterami są młodzi, a właściwie Janek, to patrząc na klamrową kompozycję dzieła (w pierwszej scenie tatuś brutalnie pokazuje synom, co to znaczy być facetem), mamy tutaj wyraźny wątek coming-of-age. Nie przeceniałbym jednak jego znaczenia. Bardziej zwróciłbym uwagę na wspomniane mankamenty fabularne, ale ogląda się to zdecydowanie lepiej niż „Watahę”. A powiem nawet więcej — dobre gatunkowe kino.

„Jestem mordercą” utrzymał mnie w mało radosnym nastroju. Przenieśliśmy się jednak z współczesnej puszczy bieszczadzkiej do śląskich familioków lat 70. Janusz Jasiński (Mirosław Haniszewski) policjant prowadzący śledztwo, mające na celu znaleźć seryjnego mordercę grasującego na Górnym Śląsku, szybko orientuje się, że” „podrzucają mi kukułcze jajo”. Sprawca nie zostawia żadnych śladów, kolejne grupy śledczych odchodziły z niczym. Gdy jedną z ofiar pada bratanica Pierwszego Sekretarza, sprawa robi się dodatkowo paląca. A anonimy „Trzydzieści ofiar na XXX-lecie PRL” brzmią jeszcze bardziej złowrogo.

culture-pl

Śledztwo utyka w martwym punkcie, ale szybko udaje się schwytać podejrzanego, Wieśka Klińskiego (Arkadiusz Jakubik). Z czasem okazuje się, że wątpliwości jest więcej niż dowodów, a Jasiński zdaje sobie sprawę, że tak zwana „góra” oczekuje nie prawdy, ale wyników…

Pieprzyca doskonale oddaje klimat ponurych lat 70. na Śląsku. Idealna stylizacja, posępna kolorystyka Śląska czasów Gierka. Do tego Agata Kulesza jako kobieta z marginesu godojąca i klnąca w gwarze. Niemniej mamy wrażenie, że jest w tym wszystkim za dużo pomysłów. „Jestem mordercą” interesująco rozwija się z kryminału w dramat psychologiczno-polityczny, ale jakby trochę utyka gdzieś po drodze. Wątki, które mogłyby być znacznie sprawniej poprowadzone w pewnym momencie zaczynają się dłużyć. Jest żona, jest kochanka, kłopotliwe relacje z szefem, zacieśniająca się relacja z Wieśkiem, napięcia w zespole.

Mozolnie konstruowany jest obraz policjanta, który przechodzi bolesną drogę od spektakularnego i łatwego sukcesu do sytuacji, w której to, co zyskał, ma zdecydowanie zbyt dużą cenę. Ma się jednak chyba twórcom uciekło to, co najważniejsze — o czym ma być ten film. Reżyser i scenarzysta chcieli za dobrze i doskonała wiedza o kulisach historii oraz ilość wątków trochę się mszczą, bo wszystko traci na dynamice. Ale trzeba przyznać —  naprawdę mamy tutaj kawał porządnego kina.

I wygląda na to, że cały festiwal będzie trzymać wysoki poziom. Choć nowy Jan Jakub Kolski („Las 4 rano”) nudzi, „Królewicz Olch” Czekaja zjada swój ogon, a naszą opinię o „Kamperze” znacie, to w Gdyni zaprezentowane zostaną wspomniane „Sługi Boże”, budzący duże oczekiwania „Ostatnia rodzina” (Współautorka podobno już zamówiła bilety na przedpremierę filmu o Beksińskich!), „Zjednoczone Stany Miłości” z nagrodą z Berlinae za scenariusz, zbierający dobre recenzje „Wszystkie nieprzespane noce” Marczaka i podobno bardzo mocny (i bardzo wyczekiwany) „Wołyń” Smarzowskiego.

Szykuje się dobra jesień dla fanów polskiego kina, która zaczęła się tam, gdzie najlepiej spędzać koniec lata w Polsce.

Współautor

P.S. I obiecany fotoreportaż:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s