Zaskakująco ZŁY: Batman kontra Superman. Świt sprawiedliwości

96732b485ac46ee972bab027c8d2c415104532d0

„Słuchajcie, dobrze wiecie, że ten dzień musiał nadejść, więc po prostu posadźcie swoje dupy w kinowych fotelach, pogapcie się parę godzin na ekran IMAX-a i będziecie mieli to gówno raz na zawsze z głowy” — wyzłośliwiał się satyryczny portal The Onion, wkładając takie właśnie słowa w usta szefowej ds. wizerunku wytwórni Warner Bros stojącej za filmem. Wpływowi blogerzy oficjalnie bojkotowali seans. Była to oczywiście kulminacja narzakań na bardzo źle wyglądającego zwiastuna, z jakiego nie za bardzo można było za Boga Pana rozgryźć dlaczego dwóch pozytywnych bohaterów ma się naparzać na śmierć i życie. Cóż — film nie przyniósł odpowiedzi na to pytanie, ale przyznam — pierwsze pół godziny zapowiadało naprawdę zaskakującą niespodziankę. 

screencrush.com

Batman vs. Superman: Dawn of Justice

USA, 2016

reż. Zack Snyder,

scen. Chris TerrioDavid S. Goyer

wyk.(paczcie jak zaćkane gwiazdami!) Ben Affleck, Henry Cavill, Jeremy Irons, Lawrence Fishburne, Jesse Eisenberg, Kevin Costner, AMY ADAMS!

Bo zawiązanie akcji, pełne szybkich, luźno powiązanych scen, zlokalizowanych dookoła świata przypomina powieści Toma Clancy’ego w tonacji „Skyfalla”. Skojarzenia z ostatnimi Bondami potęgują cmentarze, doskonałe garnitury Bena Afflecka, stylowe przyjęcia oraz meksykańskie święto śmierci, przywołane w czołówce „Spectre”. Wszystko to zgrzyta, szumi i niepokoi, operując konwencją z pogranicza horroru i thrillera: krew z grobów, wiejąca grozą scena z policjantami odnajdującymi w krypnej piwnicy człowieka-nietoperza, a do tego narastająca się w tle intryga. Zaskakuje ilość zawiązywanych wątków, narastająca cisza przed burzą, mrok i szarości, wprowadzanie nowych, wyrazistych bohaterów. Oprócz steranego i wiecznie niedogolonego Mrocznego Rycerza, Bruce’a Wayne’a (Ben Affleck) i jego sexy przeciwieństwa — Supermana aka Clarka Kenta (Henry Cavill), pojawia się pomocnik człowieka-nietoperza Alfred (Jeremy Irons); mniej lub bardziej idealistyczni dziennikarze (Lawrence Fishbourne, AMY ADAMS!!!); tajemnicza femme fatale, która brała udział w I wojnie światowej, choć ma urodę izraelskiej modelki Gal Gadot, psychopatyczny geniusz Lex Luthor (wieczny Marc Zuckenberg Jesse Eisenberg) i jego ponętna Azjatka (ponętna choć szczapkowata Tao Okamoto). Smaczku dodają wspomniane elementy politycznej intrygi, przesłuchania w Senacie i tajemnicza akcja CIA, gdzieś w Afryce (zamiast Namibii była Namidia, ale co tam;).

Zanosi się na marvellowy „Homeland”.

insta014

Zagęszcza się to i ścieśnia, by doprowadzić do kuriozum, jaki wyszedł już w zwiastunie i jakiego wszyscy najbardziej się bali. Stanięcie na przeciwko siebie obu bohaterów jest jakoś umotywowane, ale zdaje się, że jak w małżeństwie — zabrakło dobrej komunikacji. Chłopcy zamiast wszystko sobie zgrabnie wyjaśnić, przystępują do niemalże śmiertelnej naparzanki, a nieporozumienie i wola współpracy następują w wyjątkowo niezrozumiały sposób, gdy Superman ma na grdyce żelazne obuwie Batmana i charcze słowa uspokajające Mrocznego Rycerza. Ten nie za wiele rozumiejąc z bełkoczącego herosa, nie wpada na pomysł by zdjąć mu nogi z gardła i rozwiązać komunikacyjny szum.

Jest to kluczowy moment filmu: wszystko pozostałe schodzi na drugi plan, zostajemy my, kosmos i efekty specjalne. Wątek afrykański niknie, wyraziście zarysowani bohaterowie spotykają się na placu boju, bo Lex Luthor knuł, knuł i uknuł. Pozostaje czekać co wyniknie z epickiej naparzanki. „Homeland” wylatuje w powietrze, a ekstaza marvellowskiego kina, pozbawionego lekkości i zgrabności, daje swój irytujący upust po całości.

tumblr.com

I potem już standardowo, akcje, wybuchy, swawola; subtelności idą na piwo, a do dzieła przystępują megatonowe fajerwerki (bomba atomowa jest kolejnym niewinnym kapiszonem w orgii eksplozji, z jakimi muszą sobie poradzić nasze oczy, szczęśliwie wytrenowane w młodości na japońskich kreskówkach), muskularni herosi (i heroiny), słowem — rozpierducha na całego. Wszystkiemu przydaje się kosmicznego wymiaru, skutkiem czego przedmieścia Gotham stają się polem zabaw, kiej stepy Semipałatyńska dla Sowietów, a umordowana AMY ADAMS, robi co może, by wspomóc naszych bohaterów w walce z Niezniszczalnym Złym.

(Dobra, AMY rządzi, ale chyba bardziej nas ta tajemnicza Gadot intryguje, szczególnie jak wskoczy w swoje kuse odzienie robocze).

Wrócę — już na poważnie — do wspomnianego wpisu z bloga „Wysznupane”. Artur trafnie irytuje się konwencją superbohaterów, jako będących ponad prawem herosów, działających poza stanowionym prawem. Apoteoza libertariańskiej samoorganizacji społecznej i indywidualizmu, z trącącym autorytaryzmem fetyszem siły będącej receptą na społeczne problemy. Wątek ten jest jednak dosyć sprawnie rozmontowany — jakby chciał wspomniany bloger — w filmie. Ukazane są protesty przeciwko Supermanowi, a w końcu wręcz nagonka na niego, wywołana pojawieniem się rzekomej ofiary jego działań. Fakt, wina bohatera jest raczej wątpliwa, ale podoba mi się wprowadzenie elementów kwestionowania jego działalności. Z resztą sam bohater nie jest ich pozbawiony, co najlepiej widzimy w rozmowie na górze z ojcem.

cdn1-www.comingsoon.net

Z kolei Batman, szerzący wśród przestępczego półświatka terror ze swoimi charakterystycznymi znakami wypalanyami na skórze przestępców, nawet nie próbuje walczyć o sympatię opinii publicznej, co w sumie nie jest niczym nowym w przypadku tej postaci. Jednak  i on zdaje sobie sprawę z klęski, jaką ponosi samotny stróż prawa — „przestępcy są jak chwasty” — filozofuje Wayne — „na miejsce jednego wyrwanego pojawia się kolejny”.

Ach przy okazji — Ben Affleck NIE PODOBA się jako tytułowy bohater. Z jego gigantycznej zbroi, której zazdrościłby mu Zbyszko z Bogdańca, delikatnie naśmiewał się sam „The Economist”.

theeconomist.com

Siłą, jaka może się sprzeciwić Supermenowi jest właśnie Batman, uzbrojony w swoje zabawki i technikę.  Dodajmy też na marginesie, że gdy nasi herosi nie noszą kominiarki z charakterystycznymi uszami, ani nie zakładają okularów i przywdziewają stroju smart-casual, są jednak zaangażowanymi w życie społeczności lokalnej obywatelami — Clark Kent dziennikarzem z powołaniem, a Wayne — filantropem.

Motyw odpowiedzialności i miejsca w społeczeństwie superbohatera schodzi jednak na drugi plan, gdy okazuje się, że trzeba razem stawić czoło wrogowi. Analizując to z perspektywy idealistycznego zakończenia z gatunku „We Are One”, twórcy chcieli chyba uwypuklić problem braku zrozumienia i komunikacji międzyludzkiej.

Dla niektórych była to wręcz doskonała interpretacja USA po 11/9, a przed wyborami prezydenckimi, z populistycznym baranem majacym realne szanse na zwycięstwo i antyimigracyjną histerią. Oto pozytywny bohater przybyły z kosmosu, staje się obcym, alienem, jego pochodzenie wpływa na ocenę jego działań. Rozhisteryzowany tłum podąża za jednostkowym dramatem rozdmuchanym przez żądne sensacji media, zapominając o jego niewątpliwych zasługach, a będący samowolnym policjantem i katem Batman staje się egzekutorem wyroku wydanego przez plebs. Do tego można dodać — niestety słabo rozwinięty — wątek dziennikarki podążającej za tajemniczymi biznesami rządu amerykańskiego w krajach rozwijających się czy motyw redaktora naczelnego, który uwala ważne społecznie tematy, bo mamy XXI w., a nie lata 30. I tak otrzymujemt diagnozę współczesnej Ameryki, by nie powiedzieć — świata.

cdn.collider.com

W filmie istotny jest też wątek religijny, gdzie pojedynek herosów traktuje — przynajmniej w swojej wybujałej wyobraźni Lex Luthor — jak starcie Boga z Człowiekiem (no, człowiekiem-nietoperzem). Spalenie na panewce tej opcji, doprowadza do wprowadzenia Diabła, z którym poradzić sobie muszą istota boska i ludzka. Sam Lex zasiada w naszej blogowej loży „bogatych pojebów”, chociaż nie chowa przed światem obrazów w prywatnej kapliczce.

Niestety, fatalnie rozprowadzony wątek tytułowego konfliktu, pomimo tylu możliwości jego sensowniejszego ugruntowania, kładzie wszystko. Wiadomo — chodzi o to katastrofalne nieporozumienie między oboma panami, a niespełnienie przez media swojej roli, jaką jest rzeczowe informowanie o problemie (gadające głowy, zamiast faktów) wydaje się decydujące. I gdyby tylko udało się to sprawniej rozpisać, z pewnością zastanawiałbym się, czy nie jest to mój ulubiony film o superherosach ostatnich lat. Tymczasem ta irytująca wpadka oraz dramatyczny dialog końcowy, z którego wynika, że trzeba działać razem, ale właściwie nie wiadomo, czego należy się spodziewać, powodują, że patos ociera się o żenuę.

I boli to wszystko tym bardziej, że początek zapowiada pasjonujące, intrygujące i mroczne widowisko, zwiastujące ciekawsze ujęcie motywu komiksowych bohaterów, jakimi przykładami były „Strażnicy Galaktyki” czy „Deadpool”. Ciekawsze o tyle, że ukazujące w nowym, nie komicznym, ale społecznym i politycznym kontekście bohaterów, którzy z szafarzy publicznej moralności, stali się ofiarami własnego pochodzenia lub zgubnej wiary w prostotę rozwiązań i swój osąd. Współpraca obu z końca filmu ma głęboko humanistyczny wydźwięk, jednak ginie to wszystko w zaskakującym niedopracowaniu fabuły, wywołującej zbyt dużo absmaku.

Współautor

fashionstyle.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s