DOBRY film: Królowie lata

The Kings of Summer

USA 2013

reż. Jordan Vogt-Roberts, scen. Chris Galetta

wyk.  Nick Robinson, Gabriel Basso, Moises Arias, Nick Offerman

Niby dla mnie wakacje się jeszcze nie kończą, jednak mój organizm chyba przyzwyczaił się, że jakoś teraz coś się kończy, lato odchodzi, nawłoć żółknie, zaraz na plantach trzeba będzie chodzić z parasolem w obawie nie przed gołębiami, lecz przed kasztanami. Akurat tak się złożyło, że Współautor wrócił znad jednego morza, ja znad innego, więc przed ponownym rozjechaniem się w przeciwne strony Europy, udaliśmy się na seans na pożegnanie lata. „Królowie lata” byli świetnym wyborem.

Na ten film chciałam iść już od dawna. Najpierw ze względu na Nicka Offermana, znanego z lubianego przeze mnie serialu „Parks and Recreation”* oraz Alison Brie z „Community”**. Jak zobaczyłam zwiastun i zorientowałam się, że to o nastolatkach którzy uciekają z domu i budują od zera dom w lesie, to wiedziałam, że na to idę. Od dzieciństwa mnie fascynowało takie budowanie, chyba za sprawą „Dzieci z Bullerbyn”, gdzie budują chatki aż dwa razy. Potem wstąpiłam do harcerstwa, gdzie miałam okazję budować chatkę w lesie i w niej mieszkać, choć w przeciwieństwie do Współautora nie próbowałam wtenczas polować na kaczki scyzorykiem.

Ta kupa gałęzi to chatka z obozu w Beskidzie Niskim. Nie miałyśmy pięterka, ani drzwi z drzmi od toitoia. Tak naprawdę,  to w ogóle nie miałyśmy drzwi (na noc wyjście przykrywałyśmy wielką gałęzią sosny — w obronie przed misiami).

Wracając do filmu — chłopcy uciekają od rodziców, którzy są śmiesznie okropni (zwłaszcza Ci Patricka), ale nie spłyszczeni (sama zamierzam być groźna jak ojciec Joe’a na starość, choć nie uda mi się zapuścić brody). Nick Offerman bardzo dobrze  radzi sobie jako niedogadujący się z synem ojciec — świetnie balansuje śmieszność i sarkazm o podłożu tragicznym.

A chłopcy bawią się w najlepsze. „Polują”, kroją arbuza maczetą, skaczą do wody. Liczą na to, że stają się przez to mężczyznami, rozkoszują się wolnością i samowystarczalnością. Zboczenie zawodowe przywodzi mi na myśl amerykańskich transcendentalizmów, ideę self-reliance i „Walden” Thoreau — czyli w sumie wątki wciąż bardzo żywe w literaturze i filmie amerykańskim.

Jednak tym, co sprawia, że ten film jest naprawdę DOBRY, to wspaniała rola Moisesa Ariasa (weterana serialu „Hannah Montana”!!!), który wcielił się w Biaggia, enigmatycznego dziwako-dzikusa, który nie dość, że wprawia w przerażenie policjantów i rówieśników, to jeśli coś w ogóle mówi, to mówi coś bardzo dziwnego (nasz ulubiony cytat z Biaggia: „Spotkałem dziś psa, który nauczył mnie umierać”). Przy okazji zaznaczę coś, co mi się nigdy nie zdarzyło (kolejne zboczenie zawodowe): po raz pierwszy od nie wiem kiedy, napisy były całkiem dobrze i śmiesznie przetłumaczone! Brawo! Serce tłumaczki roście!

Na koniec dodam, że poza byciem DOBRYM filmem na koniec wakacji, z ładną muzyką (autorstwa Ryana Millera, tego od „Na własne ryzyko„), z pięknymi ujęciami i z świetnie dobraną obsadą, „Królowie lata” w doskonały i wnikliwy sposób pokazują, jak bardzo demoralizującą i niszczącą wszelkie więzi (rodzinne, czy przyjaźni) grą jest Monopoly.

Polecam,

Rybka

PS. Fani Sir Arthura Conan Doyle’a, czy choćby „Sherlocka”, z radością i może z przerażeniem zauważą, że aktorka grająca blond dziewczynę ma na nazwisko Moriarty. Oj, chyba zbytnio widać, że wyczekuję trzeciej serii…

PPS. Film ten powinien obejrzeć każdy nastolatek planujący zapuścić brodę lub wąsy.

* Pewien popisujący się przed dziewczyną współwidz nie omieszkał oznajmić tego całej publiczności na samym początku filmu, przez który CAŁY CZAS dogadywał i sypał anegdotkami, oraz krytykował nasze głośne śmianie się ze śmiesznych żartów których on nie rozumiał. Nam też się czasem co prawda zdarzy coś zakomentować (zwłaszcza jak film jest ZŁY), ale robimy to dyskretniej, a na pewno błyskotliwiej…:D

** Z serialowych ulubieńców pokazał się jeszcze Tony Hale, ten świetny aktor z twarzą żółwia z „Arrested developement” i „VEEP”.

Słoń: Po przeczytaniu insynuacji dotyczących moich działań jako harcerz, chciałbym się pochwalić, co chłopcy w młodym wieku robili, jak tylko wypuściło się ich na obóz do lasu i dało trochę drewna…

(Zdjęcia: archiwum Szarej 7, picasaweb.google.com/SzaraSiedem)

TF

Dziewczyny budowały chatki, my TIE Fightery. Wysokosć ok. 4m. Nie latał.

ZŁY film: Iluzja

NYSM

Now You See Me

USA 2013

reż. Louis Leterrier sc. Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon

wyk. Jesse Eisenberg, Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Isla Fisher, Dave Franco, Mélanie Laurent, Morgan Freeman, Michael Caine

Niezobowiązująco, wakacyjnie, z wielką intrygą, mnóstwem pościgów i doborową obsadą? A pewnie! „Iluzja” od początku wyglądała na radosne kino klasy B, akuratne na koniec wakacji i miłe rozpoczęcie dnia. Takie, przy którym można spokojnie wyłączyć mózg i popijając piwo delektować się przepięknie nakręconym rozpieprzem, pościgami i wdziękami znanej z „Bękartów Wojny” Mélanie Laurent.

Pomysł jest i to całkiem niezły. Najpierw zbieranie ekipy. W tym przypadku nie jest to jednak parszywa dwunastka, ale czterech jeźdźców iluzjonistycznej apokalipsy: Mark Zuckenberg (Jessie Eisenberg), Nastoletnie Ciacho z „21st Jump Street” (Dave Franco),  Sierżant Keck z „Cienkiej czerwonej linii” (Woody Harrelson) i bliżej nieznana młódka (Isla Fisher), której kreację nasza pamięć kasuje natychmiast po wyjściu z kina. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie, dlatego mamy miecz Gimliego, łuk Orlano Blooma i pierścienie, z połączenia których nie otrzymujemy Kapitana Planety, ale – przy delikatnej inspiracji Tajemniczego Organizatora Całego Przedsięwzięcia – kwartet magików, zajmujący się się okradaniem banków w czasie pełnych rozmachu pokazów. Ich ofiarą pada m. in. milioner Arthur Tressler (Miachel Cane, czyli Alfred z Batmana Nolana), którego konta bankowe – jak się gdzieś wyzłośliwiano w necie – są chronione jak poczta na onecie. Ich sztuczki stara się rozgryźć sfrustrowany i łasy na kasę były-magik Theodorre (Morgan Freeman). Z kolei wszystkich – z różnym skutkiem, ale efektywność nadrabiają efektownością – ściga amerykańsko-francuski duet policjantów grany przez Mélanie Laurent i Marka Ruffalo (znanego z roli pomocnika Leonardo z „Shutter Island”).

Rozmachu filmowi nie brakuje, oj nie! Wodze niszczycielskiej fantazji zostają spuszczone z łańcucha i się dzieje, jak na wysokobudżetówkę przystało. Każdy kolejny show magików jest coraz większy, tak by osiągnąć finał, przy którym londyńska promocja Nokii Lumia deadmau5a, wygląda jak machanie migającą latarką pod kołdrą do dźwięków chili-zet. Do tego niezliczone pościgi samochodowe, wybuchy i eksplozje oraz kaskada – powiem to – świetnych efektów specjalnych. Wszystko to filmowane jest z fantazją i rozmachem iście hollywoodzkim, operator naprawdę daje z siebie i z kamery wszystko.

Całość ma być trzymającą w napięciu intrygą rodem z „Ocean’s 11″ z wielką ilością trotylu i bajerancko-abrakadabrowym lukrem prosto z Harrego Pottera. Wątki się piętrzą, plączą, pełno ci tu zwrotów akcji i zaskoczeń. Policja cały czas ściga występujących w miejscach publicznych artystów-magików-złodziei, aż w końcu mamy wrażenie, że sami nie wiedzą za czym tak gonią. Fabuła gęstnieje, by potem odpuścić i znowu zewrzeć się, tak by przynieść w finale – a jakże – najmniej spodziewane, ale piękne, paryskie zakończenie. Na szczęście po „Koneserze” wiem już, że im mniej coś się klei, tym bardziej szokująca będzie próba utrzymania całości w kupie pod sam koniec.

I co z tego wyszło? No ZŁY nie jestem, bo wiedziałem z co się pakuję, jednak zdecydowanie przekroczono ustawowe normy niewiarygodności filmowej i zbyt daleko przesunięto granice szleństwa. W pewenym momencie robi się fantastycznie i ezoterycznie, a szkoda, bo samą intrygę z magikami-złodziejami by się świetnie oglądało. Mój mózg mimowolnie zaczął pracować, każąc mi liczyć kolejne fantazmaty reżysera, ale gwoździem do trumny jest fabuła, zakończenie, oraz fakt, że trzeba się z tym użerać prawie dwie godziny. Nie jest to jakiś koszmarek, ale ja chyba za mało piwa wypiłem na projekcji i nie chcę być odpowiedzialny, za ogłoszenie, że jest to DOBRY, relaksacyjny film na koniec wakacji.

DOBRY Film: Niebiańskie Żony Łąkowych Maryjczyków

nbzl

Nebesnye zheny lugovykh mari

Rosja, 2012

reż i sc. Alexey Fedorchenko

wyk. Yuliya Aug, Yana Esipovich (i 24 inne kobiety)

Ciąg dalszy wspominek festiwalowych. Nie wiem, czy będzie okazja zobaczyć ten film w polskim kinie, jednak muszę o nim napisać i tyle.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak przejmujący, wywołujący tyle skrajnie różnych emocji film.  Na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty utarło się przekonanie, że lepiej unikać filmów konkursowych. Często są one naprawdę nowohoryzontowe,dlatego zdarzają się wyjątkowo oryginale produkty filmopodobne, mocno eksperymentalne, nie stroniące od pornografii i odpychającej przemocy.Tym razem jednak zaryzykowałem. Nie ukrywam, dałem się skusić intrygującemu tytułowi i faktowi, że film powstał w Rosji, a jego reżyserem jest facet, który ma na swoim koncie produkcję pt: „Pierwsi na księżycu” (mockument o tym, że to Ruscy jako pierwsi wylądowali na księżycu). Długo nie mogłem zapamiętać nazwy tego dzieła, dlatego teraz, celem utrwalenia przeanalizuję poszczególne elementy składowe tytułu (choć w odwrotnej kolejności!), co przy okazji nada tej recenzji znamion oryginalności.

Łąkowi Maryjczycy -  pod tą intrygującą nazwą kryje się jedna z grup etnicznych zamieszkujących terytorium Federacji Rosyjskiej. Choć ten ugrofiński lud rozproszony jest właściwie po całym kraju, najwięcej ci ich – bo prawie połowa całej populacji – w autonomicznej (oczywiście tylko z nazwy) republice Mari El, zagubionej gdzieś nad Wołgą. Według cenzusu sprzed dziesięciu lat, jako Maryjczyk określało się ok. 600 tys. ludzi, przy czym część określała się dodatkowo jako Górny bądź Zachodni Maryjczyk. Oprócz tego istnieje trzecia, zamieszkująca lewy brzeg Wołgi ekipa, czyli tytułowi Łąkowi Maryjczycy. Maryjczycy mają swój język, należący do grupy ugrofińskiej, oraz specyficzną religią, będącą mieszanką prawosławia, szamanizmu i pogaństwa.

Film nie jest dokumentem, choć wzięło w nim udział – obok profesjonalnych aktorek – trochę autentycznych Maryjczyków. Co ciekawe, ekipa filmowa musiała zorganizować kursy językowe dla aktorów, nawet lokalsów, ponieważ znajomość języka wcale nie była tak duża, jak się po oglądnięciu filmu wydaje!

Żony – film jest o kobietach. Konkretnie dwudziestu sześciu paniach w różnym wieku. Najmłodsza z nich ma z 8 lat, najstarsza jest już w sile wieku. Łączy je to, że należą do wspomnianej w powyższym akapicie grupy etnicznej. A – i jeszcze jedno: każda z nich ma imię zaczynające się na „O”. Czemu? Na festiwalu była okazja spytać o to samego reżysera i jeśli mu wierzyć, to nie należy się tutaj doszukiwać żanych aluzji. Po prostu są to dźwięczne słowa, które w języku maryjskim nieraz mają bardzo ładne znaczenie.

Lasek jest 26, każda ma swoją historię. Krótszą lub dłuższą, ale wszystkie są urzekające. Jedne są niczym z życia wzięte. Ot taka scenka: młódka wyjmuje z koszyka grzyby. Każdemu się przygląda, czyści i odkłada na bok. Kiedy spogląda na jednego z porządniejszego rozmiarem borowika, podnosi go do góry i mówi do siebie: „O! Mój mąż ma być właśnie taki!” Ileż tu prostoty, piękna, doskonałości, a zarazem (choć może za bardzo mi pracuje fantazja faceta^^) subtelnie przemyconego erotyzmu. To tylko jeden niewinny przykład. W opowieściach Maryjek przejawiają się wszyskie problemy życia: niewierny mąż, pierwsza miłość, zdrada, śmierć, choroba, niechciani adoratorzy, konieczność opuszczenia rodzinnego domu – no, ciężko wymieniać wszystko.

Nie ma tematów tabu, bo przecież wszystko to jest oczywiste i naturalne. Tak jak w opowiastce dziewczyny, która musi za pomocą wielkiej trąby urbi et orbi ogłosić, że dostała pierwszej menstruacji. Zirytowana tym narzucanym tradycją ekshibicjonizmem pyta ciotki, po kiego grzyba każdy musi się dowiedzieć, co dzieje się z jej ciałem. Starsza kobieta odpowiada, że fakt zostania kobietą jest przecież czymś zarówno naturalnym, jak i budzącym wielką radość i dumę. Dlatego potrzeba się tym podzielić z całym światem. Proste i logiczne, prawda?

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens...

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens…

Niebiańskie – jak Maryjczycy są Łąkowi, tak ich kobiety – Niebiańskie. Niebiańskie, bo piękne, zaradne, kochające/kochane i cieszące się szykującym nieraz paskudne niespodzianki życiem. Ich historie są zarówno straszne jak i śmieszne, przesycone erotyką i codziennymi problemami. Choć w ich życiu tradycja i religia odgrywa wielką rolę, to nasze bohaterki są osobowościami, świadomymi swojej kobiecości i indywidualności. Po prostu – niebiańskie. Ale przez pierwszą część tutułu należy rozumieć również element transcendentalny, duchowy – niebo. Rzeczywistość miesza się z magią, a wiara w równoległy, niepoznawalny racjonalnie, ale mający ogromny wpływ na życie świat duchów jest czymś oczywistym. Ludowe wierzenia nie są jedynie bajkami i próbami zrozumienia świata przez odizolowany od globalizacji lud zagubiony na rosyjskich przestworach łąk, ale faktycznie działającymi receptami i formami rozwiązania problemów. Warto podkreślić, że film powstał na podstawie książki, w której zebrano te wszystkie opowieści. Świadomie unikam jednak słowa podania, bo każdy kto czytał reportaże z Rosji wie, że w tym kraju gdzie jest więcej wróżek i szamanów niż lekarzy, poważni ludzie ręczą słowem za naprawdę niesłychane historie…

I tutaj się zaczyna jazda bez trzymanki…

„Niebiańskie żony…” to iście wybuchowa mieszanka erotyzmu i magii; skąpana w kolorach, muzyce, a w dodatku opowiedziana dźwięcznym językiem maryjczyków. Obrazy rosyjskiej prowincji – bujne lasy, spowite śniegiem przestrzenie, głaskane wiatrem pola – są wręcz baśniowe, nierealne, choć jednak realistyczne. Obyczajowe historie dotyczą nie tylko ludzi, na scenę wkraczają leśne dziadki, szamanki, nieumarli i inne cuda, które jednak wydają się czymś naturalnym i zrozumiałym. Choć nie zawsze sympatycznym.

Film zahacza miejscami o komedię, czasem o porno-horror (zobaczycie scenę z kisielem na świetlicy, to zrozumiecie o co chodzi), dramat obyczajowy i egzystencjalny realizm. Choć jest to przede wszystkim hołd dla niezmąconego politycznymi i społecznymi zawieruchami życia Maryjczyków (co nie jest do końca prawdą), to bohaterami są właśnie kobiety – ładne, sprytne i ogarnięte. Przez piękny dobór środków artystycznych, wizualną fantazję i doskonałą harmonię między tym co prawdziwe a tym, co schowane w lesie czy w polu, udało się stworzyć cudowną, chyba uniwersalną historię o płci, wcale nie słabszej, ale przede wszystkim pięknej.

Ostatnia scena, kiedy każda bohaterka uśmiechając się mówi do kamery swoje imię, wywołuje w nas wzruszenie, ale i zachwyt. Ręce same składają się do braw, pamięć szuka chusteczek higienicznych, którymi można otrzeć łzy wzruszenia, a uczestnik festiwalu dziękuje za film, o którym ze spokojnym sumieniem może powiedzieć, że pomimo nowohoryzontowości, jest DOBRY.

Nieziemsko DOBRY.

Dobry Film: Anomalia

Kuro, co się stało z wiosną?

Kuro, co się stało z wiosną?

La Cinquième Saison

Belgia, Francja, Holandia, 2013

reż. i sc. Peter Brosens, Jessica Woodworth

wyk.  Aurélia Poirier, Django Schrevens

Tą recenzją rozpoczynamy na naszym blogu cykl wspominek po festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Choć od zakończenia kinowego święta we Wrocławiu trochę już minęło, to za słuszne uznałem poczekanie chwilę, ot tak by trafić z recenzją w okres, kiedy poszczególne obrazy udostępnione zostaną szerszej publiczności w polskich kinach. 

Szkoda, że polskiego tłumacza znowu poniosła artystyczna fantazja i zaniechał dosłownego tłumaczenia. Może uznał, że „Piąta pora roku” brzmi za mało spektakularnie, a do kin rzesze przyciągnie raczej socjologiczny żargon, od razu kojarzący się z incepcjami, infiltracjami i innymi takimi popularnymi terminami chętnie wykorzystywanymi przez przemysł filmowy zajmujący się w ostatnim czasie tematami z obszaru socjologii, kognitywistyki i psychologii. Tymczasem pierwotny, bardziej oryginalny i zmyślny tytuł od razu nadaje filmowi odpowiednią, poetycką aurę. „Anomalia” jest zdecydowanie kinem artystycznie i estetycznie dopieszczonym do granic możliwości. Jednocześnie belgijski/holenderski/francuski widz już na wstępie wiem o co chodzi (anomalie pogodowe); my w Polsce musimy czytać recenzje na ciekawych blogach filmowych.

Ostatnia zima choć nie należała do najcięższych, jakie pamiętam (w końcu to w lutym 2012 temperatura spadała i dość długo utrzymywała się na poziomie -30 st. Celsjusza), to niewątpliwie była upierdliwa swoją długością, o czym najlepiej świadczy podszyty głębokim niedowierzaniem i rozczarowaniam żart o białych świętach (Wielkanocnych). Brosens, pochodzący z Belgii, której stolica odnotowała w tym roku najzimniejsza wiosnę od lat 70. (średnia temperatura na poziomie nieco ponad 8 st.), podchwycił wątek zimy, która nie odpuszcza. A raczej wiosny, jaka nie nadchodzi w pewnej spokojnej flamandzkiej wioseczce. Pozimowa szaruga staje się stanem permanentnym, tytułową piątą porą roku (a nie żadną tam anomalią!)

Wszystko zaczyna się niewinnie – od nieudanego święta pożegnania zimy, w trakcie którego, w atmosferze ludowego festynu zwyczajowo pali się na szczycie za osadą wielkie ognisko. Tym razem coś się pierniczy, bo ogień w ogóle się nie ima suchych gałęzi (to tak jakby marzanna nie chciała nam się podpalić i utonąć!), stos stoi jak stał. Wszyscy wracają do swoich zajęć, ale niespełniony obrzęd staje się złym omenem, zapowiadającym anomalię. Choć zima od chodzi, zamiast wiosny jest szaro, buro i zimno. Nie ma plonów, zdychają pszczoły, kury nie dają jajek – katastrofaalne zaburzenie naturalnego porządku.

Cała sytuacja odbija się oczywiście na nastrojach ludzi, którzy popadają w coraz bardziej nerwowe nastroje, co prowadzi w końcu do paru nieprzyjemnych sytuacji. W przeciwieństwie do „Dżumy” Camusa, gdzie grożące życiu zaburzenie naturalnego porządku staje się punktem wyjścia do egzystencjalnych rozważań, w „Anomalii” mamy studium narastającej anomii – zaniku norm (może to był lepszy tytuł, Panie Tłumaczu?) i zniszczenia międzyludzkich relacji. Perspektywa jest zdecydowanie szersza, bohaterem jest tak naprawdę cała społeczność belgijskiego wygwizdowa. Brak racjonalnego wytłumaczenia całej sytuacji prowadzi do triumfu irracjonalizmu. W końcu gdzie rozum śpi budzą się demony… Strach nie tyle niszczy myślenie, ale i skłania do szukania nieludzkich i radykalnych rozwiązań. Zło społeczne nie ma jednak imienia, oprawcy są anonimowym tłumem. To wrażenie depersonalizacji zbrodni potęgowane jest przez noszenie przez mieszkańców masek z długimi nosami, przypominających ubranka średniowiecznych lekarzy odwiedzających chorych w trakcie epidemii dżumy. Jeszcze jedno nawiązanie do francuskiej literatury?

Oczywiście, wioska funkcjonuje w pewnym kontekście państwowym. Niestety ogłoszona na poziomie kraju klęska żywiołowa, sprowadza się jedynie do skonfiskowania trzody chlewnej. W obliczu zagrożenia państwo postępuje bezdusznie według wcześniej ustalonych i trudno zrozumiałych reguł, zostawiając w gruncie rzeczy ludzi samym sobie. A ci, na ile mogą, próbują radzić sobie w nowej sytuacji, uciekając się do mniej lub bardziej nagannych w normalnych warunkach sposobów zarobku.

Szukają wiosny w polu.

                                                          Szukają wiosny w polu.

Pięknie to jest zrobione, z geometrycznymi ujęciami, ślicznymi pejzażami belgijskiej wioski, zaskakującymi perspektywami i wyrazistymi barwami. Aż tęsknimy za zimą! Czułem w „Anomalii” nawiązanie do kolorystyki rustykalnych obrazów Bruegla, choć tematycznie bliżej temu filmowi do boschowskiego pandemonium. Można się w nim doszukiwać w nim aluzji do kryzysu gospodarczego, czy też traktować go jako dosyć ogólny traktat o narodzinach totalitaryzmów.

Film ma – niestety – JEDEN poważny mankament – to już było. Kolejny social-thriller, ukazujący stopniowe załamanie się dotychczas obowiązujących norm oraz odsłaniający mechanizmy prowadzące do przerażających zbrodni.

Wszystko to ma jednak piękne i ujmujące zamysłem opakowanie, dlatego pomimo dużego „ale” z przedostatniego akapitu tego wpisu ostatecznie ląduje w kategorii DOBRY FILM.

Dobry Film: Spring Breakers

Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne do kicia.

Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne do kicia.

Spring Breakers 

USA/Francja/Kanada 2012

 reż. i sc. Harmony Korine

wyk. Selena Gomez, James Franco, Vanessa Hudgens, Ashley Benson, Rachel Korine,

 Gdzie spędzacie wakacje? Ja, jak co roku, przez przynajmniej parę dni w roku odpoczywam w jednej z nadmorskich miejscowości w Polsce, gdzie nie ma internetu. Największą atrakcją są Indianie tańczący nieopodal dworca kolejowego do cygańskiej piosenki, dom do góry nogami, oraz dwie ulice szczelnie utkane z obu stron budami z dykty i drewna, serwujące kebaby, gofry i gofry z kebabami. A i dwie dyskoteki na plaży, między którymi dosyć często wieczorami dochodzi do potyczek między uczestnikami obu zabaw. Na jednej bowiem bawią się dresy i społeczne męty, druga zgarnia całą resztę. Okazjonalnie zdarzy się jakiś koncert, wczoraj był Happysad, przedwczoraj Weekend, niedługo zajedzie Bayer Full, ale dzisiaj – żeby oddać sprawiedliwość rzeczywistości – przybędzie Kult.

Każdy z tych eventów, bez względu na ich jakość, stanowi mimo wszystko jakąś atrakcję, zarówno dla turystów, jak i autochtonów. Nieraz zastanawiam się, jak bardzo depresyjne musi być życie tutaj, gdzie poza sezonem liczba ludności spada ze 120 tys. do niecałych 20 tys., najbliższe kino jest trzy miejscowości dalej, a wszystkie budy i lunaparki są pozamykane. „Spring Breakers” trochę traktuje o takim życiu. Nauczyciel smęci pod nosem o historii praw obywatelskich, a z zajęć pozalekcyjnych najciekawsze są spotkania oazy chrześcijan. Te dwa wymowne obrazki na początku filmu mają oddać przerażającą dla młodego człowieka przestrzeń depresyjnej amerykańskiej prowincji, gdzie nie dzieje się nic. W takich okolicznościach wyjazd na wiosenne ferie brzmi jak wyzwolenie, namiastkę innego, ciekawszego i piękniejszego świata. Morze alkoholu, plaża i oślepiające słońce, roznegliżowana młodzież w modnych strojach kąpielowych tańcząca w rytm hipnotyzujących bitów Skrillexa i Cliffa Martineza. Kontrast, jaki reżyser serwuje nam w pierwszych scenach filmu daje odczuć, dlaczego dla Faith, Candy, Brit i Cotty wyjazd na wiosenną przerwę staje się sensem życia.

Ten obrazek z impresją plażowego party wskazuje na główną oś filmu, ale i inspirację. Kornie przyznaje, że najpierw zobaczył soft-pornograficzne obrazki z Florydy, gdzie wyzbyta wszelkich hamulców młodzież świętuje ucieczkę od świata. Z tej impresji narodziła się wizja, historia czterech dziewczyn, które zasmakowawszy w tym społecznym odhamowaniu postanawiają kilkudniową imprezę przekuć w styl życia. Każdy kto był na Open’erze czy Przystanku Woodstock pewnie się choć raz zastanawiał, czy taki luz, tolerancja, przyjaźń miłość i możliwość strzelenia browca z rana nie mógłby panować cały czas? Ja tam po czterech dniach w republice Heinekena zazwyczaj marzyłem o porządnym jedzeniu i prysznicu, ale umówmy się – te parę festiwalowych dni jest zawsze wejściem w nową rzeczywistość, gdzie nie obowiązują problemy codziennego, nieraz nudnego, życia.

Laski ze „Spring Breakers” mają możliwość przedłużenia imprezy. Zrodzona w grzechu wyprawa na imprezę (trochę nie starczyło kasy na wyjazd i trzeba było podjąć radykalne środki) kończy się ostatecznie przed sądem. Pamiętajmy w końcu, że w tytule ukryta jest gra słów – break znaczy przerwa, ale jako czasownik występuje w metaforze „łamać prawo”. Samo „Spring Break” oznacza ferie wiosenne, nazywane też inaczej ferie wielkanocne, przerwa marcowa czy wiosenne wakacje. Ku zaskoczeniu skazanych dziewczyn, nagle z pomocą przychodzi Alien (James Franco), lokalny dealer narkotyków i mafioso, dumnie prezentujący swoje złote uzębienie i kolekcję broni wiszącą nad łóżkiem niczym wota dziękczynne Narodu Polskiego w Częstochowie. Pokusa prowadzenia szalonego i niekoniecznie zgodnego z prawem życia, podporządkowanego wyzbytych wszelkich reguł hedonizmowi, jaką roztacza przed dziewojami Alien bardzo kusi. Wraz z symbolicznym odjazdem Faith (Selena Gomez), gorliwej chrześcijanki, a jednocześnie najgrzeczniejszej dziewczynki z całej bandy, znikają ostatnie hamulce i moralne przeszkody. Sen staje się rzeczywistością, a w końcu koszmarem. Hipnotycznie powtarzane w tle „Spring Breakers, Spring Breakers”, zapętlenia, otępiająco kwaśna muzyka elektroniczna i oślepiające światło amerykańskiego wybrzeża budują niezwykle sugestywny klimat straceńczej ucieczki od paskudnie nudnej rzeczywistości codziennego życia.

Przed kolejną akcją dziewczyny proszą Aliena, by ten zagrał im coś inspirującego. Przestępca wychodzi na balkon, z którego roztacza się skąpany w zachodzącym słońcu widok na zatokę, siada przy fortepianie i całkiem sprawnie gra znany hicior Britney Spears. Ze śpiewaniem idzie mu nieco gorzej, ale szybko z pomocą przychodzą anielskie głosy kręcących się z karabinami w rękach dziewcząt, które twarze zasłonięte są kolorowymi maskami. Delikatny głos upadłej gwiazdy pop zestawiony jest ze złotozębnym mafiosem otoczonym przez laski z karabinami. Fantastyczna scena dobitnie ukazująca szokujący kontrast między niewinnymi marzeniami nastolatek, a tym, czym skończyła się próba ich realizacji.

pianino

„Spring Breakers” nawiązuje do innych filmów traktujących o spuszczonych ze smyczy cywilizacyjnego superego małolatach, jak choćby „Dzieciak” z 1995. Początkowo na myśl przychodził mi inny film o imprezowaniu, czyli „Projekt X” z 2011 r., jednak na tematyce podobieństwa się kończą. „Spring Breakers” jest poważnejszym (choć zrobionym nie bez przymrużenia oka!), a zarazem pięknym obrazem młodzieży, która trawiona nudą i beznadzieją ucieczki szuka w szaleńczej zabawie oferowanej przez popkulturę, nieraz tracąc granice i poczucie tego, co jeszcze jest imprezą, a co życiem. Nie jest to jednak – broń Boże! – tani moralitet, ale nasycony dźwiękiem i kolorem wielobarwny obraz.

Niestety, film póki co nie jest dystrybuowany w Polsce, ze zdziwieniem odnotowałem też, że nie znalazł się w programie American Film Festiwal we Wrocławiu (BTW – dwa zrecenzowane przez nas filmy otwierają festiwal!).

Mam jednak nadzieję, że jak już ktoś mądry zdecyduje się udostępnić film Korine’a w kraju nad Wisłą, to nie będzie się bawił w tłumaczenie tytułu…

 

Zły Film: Uniwersytet Potworny

uniwersytet-potworny-3d

Monsters University

USA, 2013

reż. Dan Scanlon, sc. Robert L. Baird, Dan Scanlon, Daniel Gerson

Wreszcie znalazłem internet, hurra! Wakacje upływają błogo, choć nad polskim morzem pogoda trochę się popsuła, niebo od czasu do czasu zasnuwają chmury, czasem powieje, czasem coś kropnie z nieba. Żeby jednak nie zapomnieć, że są to moje ostatnie wakacje, postanowiłem zobaczyć film związany z życiem studenckim. A że na ekran wrócili nieustraszeni, choć straszni, James Sullivan i Mike Wazowski, to padło na „Uniwersytet Potworny” choć nie ukrywam: straszny zgryz mam z tą recenzją. (Mam nadzieję, że przełknęliście straszną ilość powtórzeń słowa „straszny”, ale wiem, że jak śledzicie tego bloga, to nic wam nie jest straszne!)

Nie wiem, na ile ta recenzja jest porywem negatywnych emocji nazywanych w młodzieżowym slangu po prostu fochem, a na ile wyważoną oceną. Tak, jest ona skrajnie subiektywna, być może niesprawiedliwa, nawet w jakimś stopniu wynikająca z poczucia nadmiernej wakacyjnej swobody spowodowanej brakiem istotnego hamulca w moich recenzencko-blogowych zapędach i popędach (Współautorka uciekła na urlop w strefę jeszcze bardziej bezinternetową niż ja, trochę minie zanim zobaczy, co tu nabazgrałem). Ale podejmuję męską decyzje i w zgodzie ze swoim sumieniem piszę, choć obruszę pewnie miliony, że bardzo się rozczarowałem najnowszą produkcją Pixara. Na tyle, że uznaję ją za ZŁĄ.

I dobra, załóżmy nawet, że strzelam focha. Ale mam dobre usprawiedliwienie – „Potwory i spółka” uważam, za zdecydowanie jedną z trzech najlepszych animacji, jakie widziałem w kinie. Podium okupują jeszcze Shrek i „Toy Story”, ale nie chcę ich rankingować, póki nie muszę. Na pewno „Potwory…” wywarły dosyć duże piętno na mojej psyche, przez fakt, że uwielbiał je mój młodszy brat, który dziecięciem będąc kasetę VHS (były takie!) z tym filmem oglądał codziennie do śniadania, od początku do końca, przez bity miesiąc. Miałem więc wystarczająco dużo czasu, żeby w pełni zrozumieć doskonałość historii o dwóch potworach, których przyszłość zawodowa zależy od rozwiązania problemu namolnej 5-ciolatki, w dodatku przez cały film, niczym pod wpływem mocnego kwasu mówiącej tylko jedną kwestię: „Kotjek!” Doskonałe tempo, świetna intryga, błyskotliwe zakończenie i słodziutkie rodzyneczki, jak „gościnny” udział poczciwego T-Rexa z Toy Story czy „wpadki przy kręceniu” na zakończenie dały „Potoworom i spółce” Oskara.

„Potworny Uniwersytet” przenosi nas w przeszłość, do – jak wskazuje tytuł – szkolnej przeszłości i początków przyjaźni Mike’a Wazowsky’ego i Jamesa P. Sullivana. Fabuła koncentruje się wokół traumy pierwszego roku studiowania, kiedy w wyniku niefortunnego wypadku nasi – z początku nie darzący się wielką sympatią – bohaterowie zostają wyrzuceni z kursu straszenia. Oboje marzą o pracy w korporacji pozyskującej energię ze straszenia małych dzieci, dlatego w tym momencie cała ich przyszłość zawodowa jest poważnie zagrożona. Mike wpada jednak na rozwiązanie – rzuca wrednej pani Dziekan wyzwanie: jeśli wygra studenckie zawody w straszeniu, to będzie mógł wrócić na zajęcia. Wredna pani profesor podejmuje wyzwanie Aktimela i zgadza się. Rozpoczyna się dramat pokonywania licznych przeszkód: od konieczności współpracy w ramach drużyny nieogarniętych nerdów, po niesnaski z pewnym siebie Sullivanem, po kryzys poczucia własnej wartości, jaki nęka Mike’a przez cały film.

Z opisu brzmi to wszystko całkiem sensownie, jednak gdy przychodzi do realizacji… cóż. Jasne, Pixar nie zrobiłby niczego słabego i od lat trzyma wysoki poziom jeśli chodzi o jakość animacji. Nie inaczej jest z „Potwornym Uniwersytetem”, od strony technicznej wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Jednak sequel produkcji z /// jest o niebo słabszy. Fabuła koniec końców nie przekonuje mnie, jest pozbawiona błysku, lekkości i dynamiki. Mało tam wyrafinowanych żartów, zrozumiałych zarówno dla maluchów jak i starszych. Siła „Potworów…” i innych animacji w tej lidze – na czele ze Shrekiem – polegała przecież na tym, że doskonale realizowała postulat kina familijnego, czyli – jak nazwa wskazuje – dla całej rodziny, gdzie dzieci śmieją się z żartów sytuacyjnych, a starzy z aluzji do klasyki kina czy subtelnie przemycanych pikantnych treści. Przyznam, że ciekaw jestem, jak film odebrały najmłodsi, ale wydaje mi się, że dla rodziców był trochę ciężkostrawny. Wiadomo przecież jak się wszystko skończy, satyra na amerykańskie życie uniwersyteckie nie jest chyba czytelna dla młodszych, a i starszym  wydaje się pewnie nieco egzotyczna, biorąc pod uwagę specyfikę naszych, na swój sposób też potwornych, uniwerków.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Daleko „Potwornemu Uniwersytetowi” do błyskotliwych żartów z „Potworów”, jego spójności, lekkości i dynamiki. Wątek genezy spiny z Randallem nie przekonuje, nie ma T-Rexa, postacie drugiego planu są pozbawione wyrazistości itd., itp.

Ogólny koncept, jakim była szydera na korporacyjne życie, tutaj stał się paszkwilem na uniwersytet, który – zdaniem twórców – w dzisiejszych czasach jest zbędny, wobec możliwości wielkich firm, które same wykształcają/szkolą pracowników. Niegłupie i zabawne, jednak całości brakuje świeżości i lekkości poprzednika.

Reasumując – ZŁE to to pewnie to nie jest, ale nie ma nic gorszego niż rozczarowany i rozgoryczony wierny fan. Uploaduję posta i szukam kasety.

ZŁY film: Koneser

La migliore offerta/The best offer

Włochy 2013

reż. i scen. Giuseppe Tornatore

Geoffrey Rush, Jim Sturgess, Sylvia Hoeks , Donald Sutherland

Włoski film po angielsku. Najciekawsze w tym jest to, że akcja dzieje się w nieokreślonym świecie pełnym pięknych antyków. Film kręcono m.in. w Rzymie, we Wiedniu*,  w Mediolanie, w Trieście, w Parmie i w Pradze, i tylko Praga „grała siebie”. Reszta  grała jedno, anglojęzyczne, składające sięz samych zabytków i muzeów miasto. Willa głównej bohaterki była niepodważalnie włoska, koneser-licytator oglądał widok z klubu czy z biura na bazylikę Świętego Piotra, dookoła jeździły auta na wiedeńskich tablicach, warsztat Strugessa mieścił się w typowo północnowłoskich podcieniach. A wszędzie, nawet w Pradze-Pradze mówili z pięknym brytyjskim akcentem, nawet Rush (Australijczyk) i mająca w filmie angielski paszport bohaterka grana przez Holenderkę. Ludzie znający te miasta (i rozpoznający tablice rejestracyjne) mogą być nieźle zdezorientowani, ale uważam ten dziwny anglojęzyczny świat zabytków za ciekawy pomysł reżysera. Takie omamienie było chyba celowe**.

Czytaj dalej

Zły flm: Szturm

"Jesteśmy Bojownikami Miłosierdzia!"

„Jesteśmy Bojownikami Miłosierdzia!”

L’Assaut

Francja, 2010

reż. Julien Leclercq, sc.  Julien Leclercq, Simon Moutaïrou

wyk. Vincent Elbaz, Grégori Derangère, Mélanie Bernier

Film trochę już ma, bo powstał trzy lata temu, ale jest obecnie emitowany przez jedną ze stacji telewizyjnych, dlatego za słuszne uznałem poświęcenie mu nieco uwagi na naszym blogu. „Szturm” po opisie fabuły wyglądał na niezobowiązujące, acz dobrze zmontowane francuskie kino akcji, a że jeszcze oparte na prawdziwych wydarzeniach, to spodziewałem się naprawdę przyzwoitego filmu sensacyjnego oddającego hołd GIGN – francuskiej żandarmerii antyterrorystycznej (czyta się: Że-i-że-en, brzmi trochę chińsko, ale co poradzić na francuską wymowę?! fr. Groupe d’Intervention de la Gendarmerie Nationale), z wielką rozpierduchą w finale. Co więcej, dzieło to od dawna chciał oglądnąć członek rodziny, który pamięta telewizyjną relację dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w grudniu 1994 r. w Algierii i Francji.

Czytaj dalej